Szeptała uspokajające słowa. Razem zapadły w sen. Obie chciały

Nie było jej. Nie było. A on nie mógł znieść tej myśli.
bardzo bym chciał, żeby Sayre zainteresowała się pewną częścią mojego ciała, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. - Bardzo sprytny pomysł z tą powiastką biblijną. - Też tak sądzę. Sam na to wpadłem. - Nachmurzył się nagle. - Mówisz to tylko, żeby odciągnąć moją uwagę od tego, co zamierzam zrobić. Nic z tego, kolego. Nie uda ci się. -Łypnął okiem na Chrisa i pochylil się w jego kierunku. - Dziś zabiję swojego drugiego Hoyle'a. Ale ze mnie szczęściarz. Gdy Sayre weszła do kuchni, Beck stał w kuchennych drzwiach wejściowych i przyglądał się Fritowi, który próbował złapać wiewiórkę. Miał na sobie tylko luźne szorty. Na plecach wciąż widać było sińce. Podchodząc do niego, otoczyła ramionami jego talię i pocałowała paskudne stłuczenie na ramieniu. - Dzień dobry - powiedziała. - Dobry, a robi się coraz lepszy. - Odwrócił się i przyciągnął ją do siebie, delikatnie całując w usta. Gdy skończyli, spojrzał na jej strój i uśmiechnął się. Sayre musiała włożyć jedną z jego starych koszulek, praną już tyle razy, że niemal nie można było odczytać logo Uniwersytetu Stanowego Luizjany. - Do twarzy ci - powiedział. - Tak sądzisz? - Hm - potarł wierzchem dłoni materiał na jej piersiach, Sayre sięgnęła do jego rozporka i zaczęła rozpinać guziki. Stykając się czołami, zaśmiali się nad absurdalnością swego pożądania, którego nie stłumiła nawet cała noc miłości. Frito jednak nie był zadowolony. Do obojga dotarło skrobanie do drzwi z moskitierą i żałosne piszczenie. Beck spojrzał na nią i uniósł brew. - Co o tym sądzisz? - Myślę, że nie potrafiłabym żyć z nieczystym sumieniem. - Cholera, ja też nie. - Wypuścił ją z objęć i otworzył drzwi psu, który wpadł do kuchni, chwycił jedną ze swoich piłek tenisowych i ruszył w ich stronę. Piłka wylądowała z miękkim plaśnięciem na gołej stopie Sayre. Skrzywiła się, ale poklepała psa po łbie i podziękowała za podarunek. Beck nalał sobie i jej kawy i przysiadł na stole kuchennym. Sayre przysunęła sobie krzesło, usiadła naprzeciwko Becka i zaczęła leniwie drapać Frita za uszami. - Zakochał się w tobie bez pamięci - orzekł Beck. - Powiedział ci to? - Nie musiał. Spójrz na jego pysk. Ma bzika na twoim punkcie. Rzeczywiście, pies spoglądał na nią z uwielbieniem Sayre upiła nieco kawy. - Znienawidzę siebie za to wszystko - powiedziała, wolno odstawiając filiżankę na stół. - Za ostatnią noc? - Nie. Nie żałuję ostatniej nocy. - Ja z kolei żałuję, że nie trwała dłużej. I tego, że straciłem z niej godzinę na sen. - Niecałą. - To i tak za długo. - Nawet podczas snu byłeś... - Tak, byłem - przerwał chrapliwie. - A ty byłaś taka... miękka i pachnąca. Wymienili długie, intymne spojrzenie. Potem Beck zapytał, za co Sayre będzie siebie później nienawidzić.
- Zapewnię mu najlepsze opiekunki, zaręczam pani.
- Tak sobie myślę, że może Wasza Wysokość chciałby mieć ich u siebie.
Co za bezczelny typ! A zaledwie przed chwilą był taki czuły i delikatny. Wystarczyło, że przez moment mu się nie przeciwstawiała, a już traktował ją z góry. Ale to się zaraz skończy...
- Jeśli ci powiem, będę cię musiał zabić. Serce Becka zatrzepotało gwałtownie. Chris wyczuł to, bo jego uśmiech zrobił się szerszy. - Nie, nie zamierzam się przyznać, a przynajmniej nie do zabicia własnego brata. - W takim razie o co chodzi? Chris pochylił się, oparł łokcie na stole i potarł czoło palcami obu dłoni. - Boję się. Oto moje wielkie wyznanie, Beck. Ten pokój bardzo mi przypomina celę więzienną, a to mnie przeraża. Beck rozluźnił się nieco. - Tak właśnie powinno być. Pokoje do przesłuchań specjalnie projektuje się w taki sposób, Chris. Żeby wstrząsnąć człowiekiem, sprawić, by zaczął wątpić we własną niewinność. Kiedy pracowałem jeszcze w biurze prokuratora okręgowego, dużo czasu spędzałem w takich miejscach, z prawdziwymi gnojkami. Gwałcicielami, rabusiami, zabójcami, złodziejami. Nieważne, o co byli oskarżeni, sadzało się ich w pokoju przesłuchań i zostawiało na wystarczająco długo, żeby zaczęli wołać mamę. Chris uśmiechnął się, ale nie na długo. - Zaczynam się martwić, że się na mnie uparli. - Mają tylko przypuszczenia i poszlaki. Nic poważnego. Wątpię, żeby prokuratura zdecydowała się zaprezentować to wszystko przed sądem, zwłaszcza w tym okręgu. - Tak, ale poszlak jest coraz więcej. Jak to się fachowo nazywa? - Preponderancja? - Właśnie tak. Preponderancja dowodów czasem wystarczy. Klaps Watkins i jego biblijna opowiastka - skrzywił się pogardliwie. - Prawdopodobnie jedyna, którą zna. Do diabła, nawet zapamiętali ateiści, tacy jak ja, słyszeli o Kainie i Ablu. Danny został zamordowany. Był moim bratem. Nagle wszystko się zgadza. To ja ląduję jako jego zabójca. - Wstał i zaczął krążyć dookoła małego stolika. - Dlaczego moja własna siostra daje się nabrać na zwariowane teksty szalonego kryminalisty i dzieli się nimi z tym nadętym detektywem, który kupuje wszystko, czego mógłby użyć przeciwko mnie? Beck nie powiedział Chrisowi o sekretnych zaręczynach, o których wiedział jedynie on i Sayre, ani o telefonach Danny'ego do siostry. Obie sprawy mogły być ogromnie ważne, ale zatrzymał je dla siebie, w razie gdyby okazały się nieistotne. - Sayre nie podskakiwała z radości, kiedy ją ostatnio widziałem, Chris - rzekł w zamyśleniu. - Cholera wie, co ta kanalia powiedziała i zrobiła, a o czym od niej nie usłyszeliśmy. - Wiem, musiała być przerażona, ale dlaczego nie zgłosiła kradzieży kolczyków i nie poprzestała na tym? Dlaczego dała wiarę gadkom Watkinsa? - Nie wiem, dlaczego Sayre robi różne rzeczy. - Beck zmarszczył brwi. Chris zatrzymał się i spojrzał na niego. - A więc to prawda? - Słyszałeś? - Ktoś zadzwonił do domu, gdy jedliśmy lunch, i powiedział o wszystkim Huffowi. Stary strasznie się wkurzył. Naprawdę dołączyła do demonstrantów? - Owszem. Stoi na czele. Chris ponownie usiadł na krześle i spojrzał wyczekująco na Becka. - Pojawiła się około wpół do dwunastej z burgerami z Dairy Queen i torbami chłodzącymi pełnymi napojów - zaczął opowieść Beck. - Gdy tylko dopilnowała, żeby wszyscy się posilili, chwyciła transparent i zaczęła maszerować wraz z nimi. Była tam wciąż, gdy wyjeżdżałem przez bramę, żeby tu przybyć.
- Po to musielibyśmy się wybrać tam, gdzie nigdy jeszcze nie byłam, w Nieznany Czas. Dotychczas zawsze
- Panienka też go kocha.
przedmiocie, który nazywał samolotem i mówił o nim, że służy do latania. Zobaczyłem wówczas piękny wschód
- Witaj Królu. Nie przybyłem tu jednak jako twój ambasador...
- Interes Henry'ego wymaga, żeby chłopiec został ze mną. On nie potrzebuje tronu, tylko kontaktu z drugim człowiekiem.
- Skoro prosisz... dobrze - i w mgnieniu oka przeistoczyła się w kilka różnobarwnych kwiatów skupionych wokół
- Panno Dexter? - zawołał urzędnik, a Tammy aż ściąg¬nęła brwi ze zdumienia.
Przerwała gwałtownie. Beck wyciągnął ramię i koniuszkami palców musnął jej policzek. Popatrzyła na niego zdumiona. - Komar - wyjaśnił. - Ach. - Dotknęła dłonią twarzy w miejscu, gdzie czuła jego palce. - Dziękuję. - Nie ma za co. - Chciałabym się dowiedzieć, jak umarł Danny - powiedziała po kilku sekundach milczenia. - Niech mi pan opisze szczegóły. - Opowiedziałbym ci wszystko już wcześniej. Dzwoniłem do twojego biura kilkakrotnie, ale nie chciałaś ze mną rozmawiać. - Nie byłam przygotowana na wysłuchanie tej historii. Nie z tego powodu odmówiła rozmowy z Beckiem i on dobrze o tym wiedział, niemniej nie próbował z nią dyskutować. Zamiast tego powiedział cicho: - Nic nie poczuł. Śmierć była natychmiastowa. Nie chciała słuchać więcej. To, co usłyszała, było wystarczająco przerażające. - Kto go znalazł? - Rybacy z rozlewiska. Zatarł się silnik ich łodzi, przybili więc do pomostu przy waszym domku rybackim. Zobaczyli zaparkowany samochód Darnny'ego, pomyśleli więc, że ktoś jest w środku. Weszli do domku i znaleźli twojego brata. Próbowała nie myśleć o scenie, jaką zastali nieświadomi niczego rybacy. - Stwierdzono samobójstwo. - Początkowo. - Rudy Harper zmienił zdanie? - Nie Rudy. W biurze szeryfa pracuje teraz nowy detektyw, młody chłopak, Wayne Scott. Rudy przydzielił go do zbadania zajścia. Myślał, że będzie to rutyna, formularz do wypełnienia, przybicie pieczątki i skatalogowanie, koniec sprawy i Danny stanie się tylko numerem. Ale Scott wrócił z obozu rybackiego z większą liczbą pytań niż odpowiedzi. - Na przykład jakich? Czy sądzi, że to mógł być wypadek? - Nie jest tego pewien. Jak mówiłem, ma więcej pytań niż... - Proszę sobie darować mówienie ogródkami, panie Merchant - przerwała niecierpliwie. -Jestem dorosła. Niech pan przestanie rozmawiać ze mną jak z dzieckiem. - Detektyw Scott nie wyjaśnił mi żadnych szczegółów swoich podejrzeń. Daję słowo - dodał, kiedy Sayre spojrzała na niego powątpiewająco. - Mam po prostu przeczucie, że nie jest stuprocentowo przekonany o właściwej opinii koronera. Oparł się plecami o drzewo, zginając jedno kolano i stawiając stopę na pniu. Spojrzał w bok, w stronę wody i w zamyśleniu otarł kroplę potu ze skroni. - Zanim zrozumiałem, że prawo kryminalne nie jest moją najmocniejszą stroną, przez krótki czas pracowałem w prokuraturze - powiedział. - Stąd wiem, jak rozumują gliniarze. Na początku zawsze podejrzewają przestępstwo i właśnie to próbują najpierw wyeliminować. Nie znam Wayne'a Scotta i nie wiem, co mu chodzi po głowie. Nie mam pojęcia, jak dobry jest w badaniu miejsc zbrodni, jakie ma doświadczenie i jaki przeszedł trening. Spotkałem go dopiero w niedzielę wieczorem. Towarzyszył Rudemu, gdy ten przybył, aby przekazać nam smutne wieści. Wygląda mi na młodziaka, ale jest gorliwy i przebojowy. Może po prostu próbuje się w ten sposób wybić albo zaimponować swojemu nowemu szefowi. Może szuka informacji, które potwierdzą jego teorię wyłącznie po to, by uatrakcyjnić całe śledztwo. Sayre słuchała uważnie, odczytując pozawerbalny przekaz. Zrozumiała, o czym myśli Beck i dlaczego ociąga się z powiedzeniem tego prosto z mostu. Przypuszczenie że to coś innego niż

Dzięki temu, że opanował tę sztukę niemal do perfekcji, stał się jednym

- I nie chcesz być kochany?
Wspinał się dalej z taką pewnością siebie, jakby spędził pół życia, chodząc po drzewach.
to, co kiedyś o niej sądził, gdy zastanawiał się nad jej istnieniem na swojej planecie. Wymagała uwagi i pracy, sama

- Właśnie! - Tammy zerwała się na równe nogi. – Czy ktokolwiek wie, co się działo z moim siostrzeńcem przez ten cały czas? Czy ktoś się nim zajmował? Tak, jest zdrowy, odżywiony i czysty, ale czy ktoś bawił się z nim w kosi, kosi łapci? Czy ktoś go choć raz przytulił? Czy ktoś go w ogóle kochał? - Trzęsła się z niepohamowanej złości.

– Sama nie wiem, dlaczego nigdy... nigdy nie docierało do mnie... –
znowu pani na niego wpadnie, to będzie pani problem.
płotu. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Była blada.

stanowisko. Król zaś...

Byrda. Ciekawe, dlaczego w ogóle tak pomyślała?
jesteś.
- Zastanawiasz się, jak długo nie byłem z kobietą?